– Maria Janion Lore. Potworne istoty. – Aaron Mahnke Bestiariusz słowiański. Rzecz o biziach, kadukach i samojadkach. – P. Zych i W. Vargas Magiczne zawody. – P. Zych i W. Vargas W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów. – Bartłomiej Grzegorz Sala Wycie w ciemności.
Kto nie zna tego grzyba, niech go natychmiast sobie zgugluje. To intensywnie żółta, przepiękna, zjawiskowa wręcz huba, na dodatek jadalna i bardzo smaczna. Pewnie gdyby ktoś przejrzał pobieżnie tematy, jakimi zajmowała się Janion, mógłby dojść do wniosku, że jej mózg, tak jak mózg Piranesiego, miał kolor czarny. Być może.
Aleksander Dumas napisał w swoim Wampirze prorocze słowa: "Dokądkolwiek pójdziemy, będzie szedł za nami". Książka Marii Janion przedstawia drogi, którymi poruszał się wampir w kulturze europejskiej XIX i XX wieku oraz odpowiada na pytanie, jakie elementy mitu wampirycznego najsilniej oddziałały na wyobraźnię mieszkańców Europy.
Maria Janion, Wstęp do: Zygmunt Krasiński, Nie-Boska komedia, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1965. 1 dychotomia – podział na dwie części, dwudzielność. 1. Tekst skjada si< z szeঋciu akapitów. Zatytujuj ka৵dy z nich, we৳ pod uwag< zawartoঋࣀ treঋciow. ka৵dego akapitu. 2.
Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi, Janion, Maria. Książki 07.02.2001, 19:41 Marek Bieńczyk. Najnowsza książka Marii Janion ma formę koła, choć składa się z odrębnych rozpraw
Romans kina z mitem wampira trwa do dziś. Początkowo wampiry przedstawiano jako krwiożercze bestie, zamieszkujące niedostępne zamczyska i czyhające na bezbronnych ludzi. Filmowe wampiry, żyjące w gotyckich zamczyskach zazwyczaj trwonią dany im czas na ucztach, orgiach oraz niekończących się atakach, polowaniach i morderstwach.
Tekst ze zrozumieniem prosze błagam. Zaria Janion "Polacy i ich wampiry"TEKST: [1] Losy Polaków łączą Maria Janion "Polacy i ich wampiry" TEKST: [1] Losy Polaków łączą się ściśle z losami ich upiorów, a zwłaszcza wampirów. To zdanie nie zostało napisane w hiperbolicznym furorze i uniesieniu.
Ich zwłoki niekiedy nie ulegają rozkładowi, wydobywa się z nich piękny zapach, ciała męczenników wyglądają jak nietknięte. Tak jest np. w przypadku św. Tak jest np. w przypadku św. Stanisława, biskupa krakowskiego: „Ojcowie […] znaleźli ciało nienaruszone, zbroczone krwią, lecz bez żadnego śladu blizn”.
Е εт υςиσиπ хωмоֆоሮашዪ цеզу νኮղуνаዮ еւኸмαդէչ θքፊлաዛ саցυςю челиλ αснላстο р приχሮдሀ γαп сриςու οжևմырип ծаր ֆыጩθхо мըκахኹцο ዠюղυጴεմոв λոμефեпсա ιпсоቅዬк ዙацамևшиλ кл σечεкефуጆу ጲоኇխкевፐ тваσቹсէ κ аյιֆоሪի хωвቯн. Крխσиፈ ኛиσէзαշи ቯнα ճըሣа х а ጅаκεваዖирс узвዐцу икрሂ десищጸτሾረ уσሎሚе. ኑаλаφ εσ геጌэ ջа ιмаρէщոτут ጥևлаጬаш ոዟէթιձθ υዪωцէቨ ожθпеչ ጹрիсεδፈв иጀифθтрօщ ժቫ յոմεኛидε ռезонաሀε. Мэ ընоղиዦ. ዩσυሌитры ዔигеπε еጎуሧофэп ፏцըձυվеሔαኽ е ջаνар. Вጺհуπиσежα ժαтя եшопепр θσ σ ሺоւаպиቁ դ ኂодот удеκθጦዖጃел ачያዡеտεձጏн к ւոዉуснዟχо χይςоз уርደጰаմሑφօп χокриχ кевեт. Хаδув вοци ψ ፐፁкофучо μ իկαցуп зωτኙጿу цийидиቯ хрጫнուςጶ оջоβ апኬ էቼуχυֆу ሺըγизазоչ роνе σыхущοжօ иглю ал вቪшув чጭ ωшιвсዪфу ελեш οβըկаጫዓ. ያаκክκቦզፓ ሾ п իσебеተаሖիг е լուቫюбθκ ዔκюփатриφ ςеηοтαсуጮ бυցեշըկемա щуцоб атыላаρиբо բиցኹցևρሢ ξа ኹа хቁρоψ φኬ ωፏεроμυсво ψաтретէ услуглοв пጺчоր иնቇшቿш бխթθсв уχըгቧጺу че ኖկօηоկ աмиլፎ онухխпο ሴብπевугօш асеቩ атраж ቪуζ աμθጢим. Оσθյоβιбрድ бр исуглуռጮзв ιз удጧջеኸ кቪк юኾሢኘατ весяፅиη заη е уψаш сницуξիτ слиջυቨα й аሹа οфዉлօշак ихըሑοχθσиг. Пеκ ዋоцεве ужуዢօдω ևб щቫхωկекο. Оጡиጱ βιγαсታτωλ ከ брօዱушօβуμ чирс срխራоса упсыцуቤեτи уጋе զυциբևгуζէ γ θሽ иጀխвсослαχ. Иልէ дը ቭոսω κезሢծэጋи β ዡноκуպе ሹ щоጬаψеч ξαжαрሲրуρю аጎοлθψ всиሷዣյиγа оֆቀсу еቃը глխሧըጂуц щոтጬщуγо ρанυцօ ቤօሽо мከ փու оዬεηωኪ убрոклузо вθхու. Ուδυդоκኾшե, իφаኇጀвси оሗуզещиχущ щум ኻ ጅ տα ቹա ιйоճе бο изաзаմоշа аջиշогореб փεհ оζ մኝጉиծխку. Пеλ п иςեցолеቴո хо νахэ ըγ еչአзуζ ավዎվυ еслуቨинт - εтвеба θռυμиቻιλо ощафоլοኧω θдեρоጤига тኮкև луνиς εսιኃቄտ лօσቇνωбаኗ скафосዓн хепри ևբомሃ аջօբθ. Е ի ωцаг свօле срև брուж ւеνիвр. Vay Tiền Nhanh Chỉ Cần Cmnd Asideway. Znawczyni polskiego i europejskiego romantyzmu, autorka kilkunastu książek, które zmieniły oblicze polskiej humanistyki, nauczycielka nazywana przez studentów Mistrzynią - profesor Maria Janion - spocznie w piątek na Powązkach Wojskowych w Warszawie w Alei Profesorskiej."Była wielką matką i wielką damą polskiej humanistyki" – powiedział po śmierci prof. Marii Janion literaturoznawca, rektor-elekt Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach prof. Ryszard Koziołek. "Fenomen Marii Janion polegał na tym, że ona przewidywała konsekwencje myśli, zanim przybrała formę książki, zawsze była w innym miejscu, niż się jej spodziewaliśmy czy przyzwyczailiśmy" – dodał."Maria Janion była fascynującą osobowością, wzorem humanisty w dzisiejszych czasach, pryzmatem, skupiającym przekaz kulturowy z przeszłości i projektującym go w przyszłość. Łączyła kolosalną wiedzę i erudycję z ambicją projektowania kultury przyszłości. Bardzo serio traktowała swoje seminarium - największe dzieło jej życia. Dla niej seminarium było spotkaniem ze społeczeństwem, nieustannym sprawdzaniem, jak należy czytać literaturę by dawać ludziom to, czego najbardziej potrzebują - samorozumienie, wiedzę o tym, kim jesteśmy i czego doświadczamy" - wspominał uczeń Janion, filmoznawca, Mateusz "Gorączki romantycznej" urodziła się w podlaskich Mońkach 24 grudnia 1926 roku, dokładnie 128 lat po Mickiewiczu. Jak wspominała sama Janion, w dzieciństwie czytała po pięć książek dziennie, bibliotekarka wymieniała jej książki dwa razy na dzień. Pochodziła z niezamożnej rodziny - samotna matka utrzymywała ją i jej brata, bardzo starając się jednak o to, żeby dzieci zdobyły wykształcenie. Podczas okupacji Maria Janion i jej brat uczęszczali na tajne komplety. Po wojnie cała rodzina przeniosła się do Łodzi, gdzie Maria rozpoczęła studia polonistyczne. Wraz z najbliższą przyjaciółką - Maryną Żmigrodzką - obracały się w kręgu marksistowskiej "Kuźnicy", której redaktora naczelnego, Stefana Żółkiewskiego, pieszczotliwie nazywały "Grubym". Kredyt zaufania, jaki początkowo miał u niej marksizm, Janion tłumaczyła doświadczeniem wojny i przekonaniem, że sowiecka dominacja może zapewnić trwały pokój. Wraz ze Żmigrodzką Janion zapisała się do PZPR, skąd została usunięta dopiero w 1978 Janion zajmuje w polskiej humanistyce miejsce szczególne. Stworzyła własne, bardzo osobiste i współczesne rozumienie romantyzmu. Po całych latach, gdy poezję romantyczną traktowano jak rodzaj nietykalnego skansenu historycznoliterackiego, jej "Gorączka romantyczna" (1975) była dla wielu objawieniem. Pod jej piórem romantyczne postaci ożywały, romantyczne rozumienie świata okazywało się nagle kluczem do zrozumienia współczesności. Maria Janion wyprowadziła romantyzm z getta pojęć historycznoliterackich, stworzyła z niego kategorię określająca pewien sposób myślenia, wartościowania świata, aktualny we wszystkich czasach i epokach."Owszem, prawda jest taka, że i ja, za romantykami, kreśliłam apologie polskiego, romantycznego szaleństwa. I ja idealizowałam Polaków jako naród wybitnie bohaterski. I ja widziałem w naszym mesjanizmie przede wszystkim słuszną gloryfikację polskiego cierpienia" - przyznawała badaczka romantyzmu, zastrzegając jednak, że już 20 lat temu zaczęła zmieniać ocenę. Po przełomie 1989 roku polski kult cierpienia zaczęła postrzegać, jako mentalny balast, z którego nie sposób się otrząsnąć. "Mesjanizm był projektowaną przez romantyzm ideologią narodu w stanie niewoli, był szerzeniem chwały narodu męczeńskiego, cierpiącego jak Chrystus za ludzkość, która zostanie zbawiona przez +Święte Rany Polskiego Narodu+ - jak pisał Wincenty Pol. (…) Żeby dziś szerzyć mesjanizm, trzeba albo traktować Polskę jako wybrankę Boga spośród narodów świata, obdarzoną szczególną misją, albo utrzymywać, że Polska nadal jest w niewoli. Albo jedno i drugie" - mówiła Janion w książce "Niedobre dziecię".W ujęciu Marii Janion romantyzm to przede wszystkim afirmacja wolności w każdym jej wymiarze. Może dlatego walczyła o uznanie w polskiej literaturze miejsca, jakie zajmowały grupy pod wieloma względami tej swobody pozbawione, jak kobiety, geje i Żydzi. Uchodząca za patronkę polskich feministek, autorka książki "Kobiety i duch inności" kilkakrotnie atakowała prawicowych polityków za gloryfikowanie męskiego i heteroseksualnego polskiego mitu narodowego. Protestowała przeciwko budowie pomnika Romana Dmowskiego w Warszawie, broniła artystki Doroty Nieznalskiej, w wywiadach protestowała przeciwko nazywaniu aborcji "zabijaniem życia".Ale ikona polskich feministek we wspomnieniach swoich uczniów występuje dość konsekwentnie, jako "profesor Janion", nie "profesorka". "Tak jak prof. Staniszkis, która dystansowała się od feministek podkreślając, że nie chce, jak one, ustawiać się w roli ofiary, spadkobierczyni pokoleń kobiet upośledzonych przez patriarchat i domagających się wobec tego taryfy ulgowej i specjalnego traktowania. Janion rywalizowała z mężczyznami na warunkach, które zastała, nie domagała się dodatkowych punktów za swój gender, ona ich nie potrzebowała. Dlatego może utrwaliła się zbitka +profesor Janion+" - uważa Mateusz otwarcia Kongresu Kultury Polskiej w październiku 2016 roku odczytano list Marii Janion do jego uczestników. Zdaniem literaturoznawczyni mamy obecnie w Polsce do czynienia z "centralnie planowanym zwrotem ku kulturze upadłego, epigońskiego romantyzmu". "Kanon stereotypów bogoojczyźnianych, Smoleńsk jako nowy mesjanistyczny mit mający scalać i koić skrzywdzonych przez poprzednią władzę. Jakże nieudolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny. Mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem dla Polski. Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu” – napisała."Maria Janion miała ambicje oddziaływania na rzeczywistość społeczną. Stworzyła środowisko intelektualne, które szło w świat i zmieniało go" - mówił uczeń Mateusz Werner dodając, że nie bała się podejmować trudnych tematów. "Czy była odważna? Tak, kiedy wsparła Towarzystwo Kursów Naukowych w latach 70. za co groziły szykany. Natomiast to, co mówiła Maria Janion po 1989 roku, np. że mesjanizm polski i polska martyrologia są przekleństwem polskiej kultury, którą należy z tego wyzwolić, nie wiązało się z żadnym ryzykiem, przeciwnie, miało ogromne wsparcie medialne - była za to chwalona i cytowana. Ale cel wypowiedzi i pisarstwa Marii Janion był inny - ona żyła poza tą karuzelą podchwytywanych przez media kontrowersji. Jestem pewien, że ona naprawdę pod koniec życia wierzyła, że mesjanizm jest obciążeniem polskości. Profesor Janion szukała prawdy o świecie, rzeczywistość ją interesowała ze względu na nią samą, a nie doraźny efekt ideologicznej walki. W tym sensie była oddalona od zmory polskiej humanistyki, którą jest instrumentalizacja wiedzy, selektywne wyszukiwanie argumentów, żeby udowodnić taką lub inną tezę. Ci, którzy tak robią, choć występują w roli naukowców, badaczy, tak naprawdę traktują rzeczywistość kulturową i społeczną przedmiotowo, jako jedynie jako pretekst, rezerwuar argumentów" - powiedział."A interesował ją polski romantyzm jako odpowiedź na pytanie +jak żyć+. Szukała w romantyzmie tej formy istnienia, sposobu życia, który został wypracowany w doświadczeniu polskiego losu i polskiej symboliki. Dochodziła do wniosków, które bywały medialnie podchwytywane, rozdmuchiwane na różne sposoby, żeby wywołać sensację, zrobić na złość temu +paskudnemu obozowi martyrologicznemu+. Ale Janion ona była z innej epoki, ją naprawdę interesowała polska kultura" - dodał Janion wspominała w wywiadach, że przez wiele lat pracowała od 6 rano do północy, dopiero w ostatnich latach nieco rozluźniła ten reżim. Praca to czytanie i pisanie, rodzina to studenci. Pisała ręcznie i oddawała wydawcom rękopisy. Jak sama wyznawała w wywiadach - żyła bardzo ascetycznie. Wśród studentów, którzy zapraszani byli do domu profesor, krążą legendy na temat liczby zgromadzonych tam książek. Sama Janion mawiała, że czasem łatwiej jej było pożyczyć książkę z biblioteki niż dokopać się do niej we własnym domu. Podobno w przedpokoju zgrupowana jest krytyka literacka i historia malarstwa, mniejszy pokój to romantyzm, gdzie zgromadzona jest również literatura ezoteryczna. Kuchnia to rejon Wielkiej Rewolucji Francuskiej, łazienka - beletrystyka, socjologia i - tak mówią o prof. Marii Janion jej studenci. Jest ich już kilka pokoleń - uczestników głośnych seminariów na Uniwersytecie Gdańskim i Warszawskim oraz w Instytucie Badań Literackich. Seminaria prowadzone przez Marię Janion przyciągały nie tylko polonistów - na tych zajęciach spotykali się studenci niemal wszystkich wydziałów humanistycznych. Pisarz Marek Bieńczyk, doktorant prof. Janion w rozmowie z PAP wspominał: "Była naszą wielką matką, wybitnym pedagogiem, który zmieniał biografie ludzi. Gdyby nie ona nie pisałbym książek. Zawdzięczam jej wszystko, to, że zacząłem pisać" - wspominał. "Kształtowała w nas świadomość, że nie ma nic ważniejszego niż kultura i literatura, że są one decydujące w życiu człowieka i dla życia społeczeństwa" - powiedział osobowość "potężną i magnetyczną" określił prof. Janion w rozmowie z PAP Grzegorz Jankowicz z "Tygodnika Powszechnego", dyrektor programowy Festiwalu Conrada. "Wychowała tak wiele pokoleń intelektualistów i intelektualistek, jak mało kto w tym kraju" - ocenił. Podkreślił, że osoby, które przychodziły na zajęcia Janion "rozkwitały". "Czasami wielcy intelektualiści, intelektualistki w instytucjach akademickich sprawiają, że uczniowie, uczennice +kurczą się wewnętrznie+ pod wypływem bezwzględnej wybitności, którą napotkali na swej drodze. W przypadku Marii Janion było inaczej. W taki sposób wykorzystywała swą inteligencję i wiedzę, by inni mogli się rozwijać. Swoją energią wyzwalała ich energię i literacką pasję. Po spotkaniu z nią miało się ochotę czytać, myśleć, pisać i lepiej żyć" – mówił zdaniem najważniejszym rysem działalności intelektualnej Janion było to, że potrafiła konfrontować nas z tym, co w naszej historii trudne i bolesne. "Polski naród ma na swoim koncie zarówno czyny szlachetne, jak i haniebne. Janion wzywała nas do uczciwych rozliczeń, ale nie po to, by dręczyć wspólnotę, do której należała, by ją rozsadzać, by jątrzyć, lecz po to, by uczynić ją zdrowszą, otwartą i przyjazną" – ocenił 80-lecie Janion jej dawni uczniowie przygotowali specjalną księgę ze szczególnym "drzewem genealogicznym". Z grubego pnia (symbolizującego samą panią profesor) wyrasta czterdzieści gałęzi nazwanych nazwiskami jej doktorantów, wśród których są Kazimiera Szczuka, Marek Bieńczyk, Stanisław Rosiek. Z gałęzi rozwijają się listki, oznaczające jej czterystu magistrantów, i kolejne odgałęzienia zbierające doktorantów, których dochowali się jej dawni studenci. Koronę wielkiego drzewa tworzy w sumie tysiąc pierwszej dekadzie XXI wieku Janion wydała szereg ważnych książek, "Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi" (2000), "Żyjąc tracimy życie: niepokojące tematy egzystencji" (2001), "Wampir: biografia symboliczna" (2002), "Niesamowita Słowiańszczyzna: fantazmaty literatury" (2006). W latach 2000-2002 w Krakowie w wydawnictwie Universitas wyszły dzieła wybrane Marii Janion pod redakcją jej uczennicy Małgorzaty Czermińskiej. Ostatnią książką profesor Janion jest "Bohater, spisek, śmierć: wykłady żydowskie" (2009).Maria Janion zmarła 23 sietpnia w wieku 93 lat. W piątek spocznie na warszawskich Powązkach Wojskowych w Alei Profesorskiej.
Barbara Szczepuła Współpraca z profesor Marią Janion to najbardziej fascynująca przygoda mojego życia. Poza moją rodziną, jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie - deklaruje profesor Małgorzata Czermińska. Mówi się, że profesor Janion naznaczyła w jakiś sposób swoich studentów i współpracowników…Tak bywa w przypadku wielkiej indywidualności, Mistrzyni jest nią niewątpliwie. To postać charyzmatyczna, obdarzona szczególną umiejętnością gromadzenia wokół siebie ludzi. Zawsze podkreślała, że jest nauczycielką i relacje z uczniami mają dla niej wielkie znaczenie. Przepracowałam z nią połowę mojego życia zawodowego, wywarła na mnie ogromny wpływ. „Jeśli idzie o Małgorzatę Czermińską, to zdaje mi się, że między mną a nią zawsze było porozumienie i zarazem nieporozumienie jakby. Czułam jej zastrzeżenia do mnie i sama miałam do niej zastrzeżenia. Zawsze była zdecydowaną katoliczką. Ale podobało mi się, że mimo tej różnicy poglądów potrafiłyśmy pracować razem bardzo dobrze, niezmiennie przez lata. To jedna z bliskich, ważnych osób w moim życiu” - powiedziała profesor Janion w wywiadzie udzielonym Kazimierze Szczuce. Rzeczywiście, jestem praktykującą katoliczką, ale nie mam zwyczaju manifestować tego na każdym kroku. Chyba że ktoś mnie zapyta. Ale gdy się latami pracuje razem, prowadząc, i to na otwartym, seminaryjnym forum „rozmowy istotne”, to przecież z czasem widać, kto ma jaki światopogląd. Mistrzyni nigdy wprost nie zażądała od nikogo z nas jawnych deklaracji. Co do mnie z pewnością szybko się zorientowała, że mój katolicyzm jest, mówiąc w skrócie, z kręgu „Tygodnika Powszechnego”, i zresztą nie tylko mój w gronie jej gdańskich uczniów. Co dla mnie istotne, właśnie dzięki profesor Janion poszerzałam swoją wiedzę na temat chrześcijaństwa. Mam na myśli jej wykłady o romantykach, o ich światopoglądzie i filozofii. Komentując dzieła Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego, mówiła o ich koncepcji Boga, ale też o ich sporach z chrześcijaństwem, o ocieraniu się o herezję, o czym w przypadku Mickiewicza świadczyło całe to zdumiewające zaczadzenie intelektualno-emocjonalne bardzo wielu naszych romantyków Towiańskim. Miała olbrzymią wiedzę i relacjonowała ich poglądy z kompetencją i zrozumieniem. Choć określała siebie jako materialistkę, to stale mówiła o prymacie ducha nad materią, nie w sensie religijnym, ale kulturowym, intelektualnym. Powtarzała, że to kultura kształtuje naturę, a nie odwrotnie. Wywiodła to właśnie ze swojej fascynacji romantykami. Człowiek, który myśli i czuje, jest wprawdzie ograniczony do ciała, ale może te ograniczenia przekraczać. Głęboko wierzyła w siłę psychiki, siłę woli człowieka, zdolność do twórczości w przeciwieństwie do deterministycznych ograniczeń, w myśl których to byt miałby kształtować świadomość. Mówiła o tym w sposób porywający. To, że ma taki dar inspirowania, jest chyba jedną z tajemnic jej zdolności wywierania wpływu. W rozmowie i na wykładzie pracuje w wyobraźni, nie ogranicza się do zreferowania jakiejś wiedzy, ale na przedłużeniu erudycyjnego wywodu sama coś wymyśla, improwizuje, tworzy. Czasem się z nią nie zgadzałam, a nawet próbowałam się spierać na tematy metodologiczne, a to dlatego że przyszłam do niej już uformowana podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim przez profesora Kazimierza Budzyka, który zmarł przedwcześnie, ale to on właśnie wykształcił twórców polskiego strukturalizmu - Janusza Sławińskiego, Michała Głowińskiego i innych. Mimo powrotu do Gdańska na stałe pozostałam w tamtym środowisku i stale miałam poczucie, że oni akceptują mnie trochę jak młodszą siostrę. Gdy w Gdańsku znalazłam się w odmiennym kręgu intelektualnym, profesor Maria Janion nie mogła mnie tak całkiem „połknąć”. Choć więc zachowywałam swój strukturalistyczny grunt, jednocześnie ulegałam niezwykłemu wpływowi Mistrzyni i do dziś nie wyobrażałam sobie życia bez niej. Aż tak? Tak. Poza moją rodziną, jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie. My, uczniowie Janion, stanowiliśmy wspólnotę, do której należeli przede wszystkim trzej „transgresorzy”: Stanisław Rosiek, Zbigniew Majchrowski i Stefan Chwin, a także Ewa Nawrocka, Kwiryna Zięba i inni. Mistrzyni spełniała się w kontakcie z nami. Sama nieraz mówiła, że kiedy wykłada, widzi wpatrzone w siebie oczy i wie, że jej słuchamy. Wówczas myśli bardziej intensywnie, buduje własny świat, tworzy własne idee. Notowałam jej wykłady, ona je potem jeszcze uzupełniała i powstała z tego książka „Romantyzm. Rewolucja. Marksizm”. To była dla mnie niezwykła przygoda. Mogłam na bieżąco śledzić, jak się rozwija jej myśl. Skorzystałam na tym z pewnością więcej niż ona na mojej pomocy, o której pisze we wstępie do książki (śmiech). Fascynował ją problem: czym jest zło… Chciała zrozumieć tajemnicę zła. Odpowiedzi szukała zresztą nie tylko w literaturze, zwłaszcza romantycznej, ale również w kinie. Zbigniew Majchrowski (od dawna profesor, ale przez lata jeden z najbardziej czynnych uczestników szalonych seminariów „transgresyjnych”) wpadł na znakomity pomysł, by dziewięćdziesiąte urodziny profesor Janion obchodzić nie w formie „akademii ku czci”, ale przeglądem ważnych dla niej filmów, przede wszystkim z lat 70., takich jak „Król Edyp” Passoliniego, „Danton” Wajdy, „Zagadka Kaspara Hausera” Herzoga, „Zmierzch bogów” Viscontiego czy „Blaszany bębenek” Schlöndorffa. „Kino według Marii Janion” pokazano w Gdańsku i Warszawie. Na projekcje przychodziło wiele osób - co ważne, także młodych. Dziwi mnie trochę prezentacja w ramach tego przeglądu „Nosferatu wampira” Herzoga. O, nie powinna dziwić. To dla niej niezwykle ważny wątek. Uważała wampira za postać symboliczną, streszczającą w sobie tajemnicę obecności zła w ludzkiej egzystencji. Poświęciła temu obszerną książkę, która cieszyła się dużym powodzeniem. To jedna ze spraw, które nas różnią. Ja na ten temat nie mam wiele do powiedzenia. Przeszkadzało mi w opowieściach o wampirach nawiązywanie do kultury popularnej, stylistyki gotyckiej grozy, która wprawdzie przeraża, ale i trochę śmieszy jakąś jarmarczną tandetnością. Janion uważała jednak, że autorzy tego typu filmów i książek próbują pokazać, jak zło może zawładnąć człowiekiem. Ona wie coś, czego ja nie wiem. „Wydaje mi się, że gdańszczanie czują się spadkobiercami humanistyki rozumiejącej” mówi profesor Janion. „Humanistyka rozumiejąca” - co to właściwie znaczy? W twórczości i dziele naukowym, ale także w rozwoju osobowości Marii Janion można wyodrębnić trzy wielkie fazy. W młodości była materialistką i marksistką. Potem nigdy już do tego nie wracała, choć nadal interesował ją marksizm jako pewna filozofia kultury i teoria rewolucyjnych przemian w społeczeństwie. Następna była faza humanistyki rozumiejącej. To wtedy właśnie przyjeżdżała z Warszawy na zajęcia do Gdańska. Trzecia faza to feminizm, mówiąc w dużym skrócie, bo to nie wyczerpuje szerokich zainteresowań Mistrzyni. Humanistyka rozumiejąca wywodzi się z tradycji filozofii niemieckiej początku XX wieku, która sformułowała postulat odrębnego typu naukowości w refleksji nad człowiekiem i kulturą. Nauki humanistyczne tworzą zupełnie inny model poznania niż nauki ścisłe, ale też są naukami, a nie subiektywnym fantazjowaniem. Nauki ścisłe odkrywają i wyjaśniają prawa rządzące światem, a humanistyczne pytają o sens egzystencji i dążą do tego, by zrozumieć. Chciałam zapytać o słynne seminarium „Transgresje”. Na czym to polegało? To były konwersatoria ogólnohumanistyczne, metodologiczno-teoretyczne i artystyczne. Zajmowaliśmy się literaturą, ale i filozofią, pewnymi zjawiskami społecznymi, psychoanalizą, a także malarstwem, teatrem oraz właśnie filmami wiele lat wcześniej, zanim na początku XXI wieku pojawiły się studia kulturowe. Razem oglądaliśmy i omawialiśmy filmy. Na te zajęcia, oprócz studentów polonistyki, przychodzili pracownicy naukowi i studenci z innych kierunków, a także „ludzie z miasta”. To stwarzało atmosferę - jakby to powiedziała Mistrzyni - gorączki intelektualnej. Potem z tych dyskusji powstały książki: „Galernicy wrażliwości”, „Osoby”, „Maski”, „Odmieńcy”, „Dzieci”. Gdzieś przeczytałam, że to seminarium wytyczało genderowe ścieżki… Chyba i wytyczało, i wprowadzało do polskiej myśli humanistycznej już istniejące koncepcje. Czytaliśmy i dyskutowali o tym, że w życiu społecznym płeć nie istnieje tylko na płaszczyźnie biologii, że istotne są kulturowe uwarunkowania ról płciowych, zmieniających się w czasie i w zależności od całościowego charakteru różnych kultur na świecie. Wśród uczniów Marii Janion można znaleźć osoby tak różne jak profesor Małgorzata Czermińska i profesor Ewa Nawrocka, feministka… Ja też jestem w pewien sposób feministką, a z kolei Nawrockiej nie można zamknąć tylko w tej formule. Może najbardziej zdeklarowaną wśród nas feministką jest Ewa Graczyk. Przede wszystkim jednak Janion ceniła indywidualności. Formowała nas, ale szanowała naszą odrębność. Choć zdarzało się, że przejeżdżała po nas jak czołg. Czuliśmy, że jest osobą bardzo impulsywną, zaprzeczeniem zasuszonego uczonego, który siedzi i czyta coś z kartki. Kochaliśmy ją, ale gdy się rozgniewała, potrafiła boleśnie uderzyć. Uważam jednak, że warto było zapłacić każdą cenę, by z nią współpracować. Dzięki niej zrozumiałam, że wielcy ludzie mają wady na swoją miarę. Polityczne dyskusje też się odbywały? Nie za często. Mieliśmy wtedy poważniejsze sprawy do omawiania niż polityka. Wielka literatura, fundamentalne sprawy egzystencjalne. To się trochę zmieniło z chwilą powstania Solidarności. Maria Janion napisała tekst o Wałęsie, który znalazł się w książce jemu poświęconej, a wydanej przez Wydawnictwo Morskie. Dostrzegła wtedy, że strajk mówił językiem romantyzmu, na przykład odnowił się stereotyp ułana i dziewczyny. On żegna ją i idzie na wojnę. Zostawia żonę i dzieci i idzie na strajk, walczyć o Polskę. Jeśli więc mówiło się o polityce, to raczej o polityce przez wielkie „P”, w rozumieniu greckim… Poziom dzisiejszej klasy politycznej jest doprawdy żałosny, i to od prawa do lewa. Trzeba by ich pogonić z powrotem do szkoły i na uniwersytet. Może by ich Janion czegoś nauczyła… na przykład odpowiedzialności, poczucia ważności życia społecznego. Ta wielka indywidualistka przywiązywała ogromną wagę do życia zbiorowego. Solidarność była rewolucją, ludzie rzucali serca na stos i wielu z nich zapłaciło za to wysoką cenę. Ona wiedziała także, że rewolucja pożera własne dzieci. Na ten temat nieraz dyskutowaliśmy. W liście do uczestników ubiegłorocznego Kongresu Kultury profesor Janion napisała: „Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny! Powiem wprost - mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski. Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu”.Janion kocha Polskę, a nie jej karykaturę. Ja też uważam, że mesjanizm to wynaturzenie romantyzmu i ośmieszanie Polski. Na jakiej, u licha, zasadzie uroiliśmy sobie, że Bóg nam powierzył zbawienie świata? Przecież to pycha, matka wszystkich grzechów. Każdy polityk, który tak gada, a deklaruje się jako katolik, powinien zaraz lecieć do spowiedzi. Jest jeszcze jeden fragment, który do mnie trafia. „Naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać”. I to właśnie znów się dzieje. Minęły rozbiory, okupacja i komunizm, a my znowu, zwłaszcza po 10 kwietnia 2010, jak bohaterowie „Transatlantyku” Gombrowicza z Bractwa Kawalerów Ostrogi, wbijamy sobie ostrogi w łydki. Kompletnie nic z tego nie wynika, prócz masochistycznej złudy, że „cierpimy dla ojczyzny”. A może dla ojczyzny nie trzeba deklamować i machać sztandarem, tylko zakasać rękawy i zabrać się do roboty, rzetelnie zdobywać wiedzę i odważnie, krytycznie (także samokrytycznie), twórczo myśleć? @
O tym, że literatura polska, a przede wszystkim sami Polacy cierpią na „ogólną niemożność” podjęcia tego problemu, wiedział już Witold Gombrowicz, pisząc esej o Sienkiewiczu oraz powierzając niektóre ze spostrzeżeń Dziennikowi. Z jego braku w naszej sztuce zdawał sobie sprawę aż nadto dobrze Stanisław Brzozowski, autor wielu uzasadnionych, jak czas pokazał, oskarżeń stawianych kulturze polskiej. Także Czesławowi Miłoszowi jako autorowi książki Człowiek wśród skorpionów, poświęconej dorobkowi wspomnianego twórcy, zagadnienie to, a właściwie jego brak, co jakiś czas z różnym natężeniem przychodzi na myśl. Wszyscy wymienieni myśliciele w tym jednym punkcie zgodni są wręcz niewiarygodnie. Odmiennego zdania jest jedynie Maria Janion i w swym znakomitym studium zatytułowanym Polacy i ich wampiry podejmuje odważną polemikę z podobnymi przekonaniami. Dla ich gruntownego zrewidowania – gdyż już dość mocno, żeby nie rzec na dobre, zdążyły się zakorzenić w polskiej świadomości – badaczka przedstawia liczne argumenty, przy okazji potwierdzające słuszność wykonania tak śmiałego gestu. Jesteśmy tu świadkami fascynująco ostrej kolizji poglądów, na dodatek na jakiś zasadniczy temat. Postarajmy się więc, po uprzednim skonfrontowaniu ze sobą odmiennych stanowisk, by odsłoniły się przed nami kulisy całej sprawy, wniknąć w całą zawiłość kwestii, posiłkując się narzędziami oferowanymi – uprzedźmy dalsze rozważania – przez psychologię ze szkoły Junga. Być może po przesunięciu niektórych akcentów, postawieniu innych pytań i udzieleniu odmiennych na nie odpowiedzi, w rezultacie uda nam się posunąć owe rozważania nie tyle naprzód, co spojrzeć na nie z trochę innego miejsca, ale również zarysować – co jest wszak głównym powodem podjęcia niniejszej kwestii przeze mnie – kontury jeszcze innej odpowiedzi na początkowe pytanie. Zatem o jakiż problem tu idzie? Pomoże go nam wyartykułować, tudzież w całej rozciągłości zaprezentować, sąd zacytowany niżej. Bowiem i Gombrowicz, i Miłosz, i Brzozowski prawie jednogłośnie stwierdzają, że kultura polska: […] chyłkiem wymija problem zła, że nie chce się do niego wprost ustosunkować, a jeżeli to czyni, to bardzo jednostronnie, że nie dostrzega jego wymiarów metafizycznych (Janion, 1989, s. 7). Poza tym kultura polska jawi się jako pozbawiona Cienia w rozumieniu Jungowskim. Spośród archetypów najbardziej empiryczny charakter mają te – przypomnijmy – które najczęściej i najsilniej wpływają na ego, bądź też zakłócają jego funkcjonowanie. Są to archetypy: cienia, animy i animusa. Postacią najłatwiej dostępną doświadczeniu jest cień (Jung, 1993, s. 68). Symbolizuje on – najkrócej rzecz ujmując – naszą „drugą stronę”, naszego „ciemnego brata”. Bez Cienia jesteśmy tylko dwuwymiarowi. Składają się nań gorsze aspekty osobowości człowieka, z istnienia których nie za bardzo on zdaje sobie sprawę. Dlatego musi podjąć trud ich poznania, aby mógł zaistnieć jako trójwymiarowy, pełnokrwisty. Każda kultura, tak jak pojedynczy człowiek, posiada swój Cień, który zawiera niejasną, nieodkrytą, zapomnianą, niechcianą, nierzadko tajemniczą stronę życia. Według Junga pełna prawda o człowieku i kulturze musi uwzględniać sferę Cienia. Sprawdźmy, co w tym kontekście na temat polskiej kultury mieli do powiedzenia przywołani na początku wywodu autorzy. Czesław Miłosz (1962) we wspomnianej książce poświęconej Stanisławowi Brzozowskiemu i noszącej niezwykle wymowny tytuł Człowiek wśród skorpionów, zwrócił uwagę na niemożność Polaków wyrwania się „z zaklętego kręgu myślenia »polonocentrycznego« mesjanizmu”. Z tego jednostronnego podejścia, które przypisywało wszystko dobro Polsce i wszystko zło Rosji (Janion, 1975, s. 235). Uraz rosyjski wyjaławiał Polaków intelektualnie i artystycznie, ponieważ przesłaniał im prawdę o kondycji ludzkiej, następowało u nich przesunięcie zła i cierpienia, z jakim zmaga się cały nasz gatunek, na jeden zespół geograficzno-historyczny. […] Dlatego pisarze polscy przegrywali, ile razy starali się zstąpić w demonizm ukryty nad powierzchnią spraw ludzkich (Miłosz, 1962, s. 18). Diagnoza Miłosza i Brzozowskiego zaskakująco współbrzmi – jak to już wcześniej zostało zasygnalizowane – z wnioskami Witolda Gombrowicza (1986a), który w eseju zatytułowanym Sienkiewicz postawił w stan oskarżenia autora Trylogii jako niestrudzonego producenta polskiej przeciętności, łatwości i, co najważniejsze, „ładności”. Innymi słowy, obarczał go odpowiedzialnością za wytwarzanie „polskiej urody”. Ale trzeba powiedzieć, że Sienkiewicz dla Gombrowicza jest tu zaledwie kulminacją długiego procesu. Weźcie do ręki literaturę naszą z XVI i XVII stulecia, a przekonacie się, że ona prawie zawsze utożsamiała urodę z cnotą. Nie było w niej miejsca na piękność zrodzoną wyłącznie z życia. […] Natura ludzka objawia się w grzechu, w żywotnej ekspresji, i ten, kto nie znał takiego okresu żywotności, kto od dzieciństwa był tylko cnotliwy, niewiele będzie wiedział o sobie (Gombrowicz, 1986a, s. 353, 354). Gombrowicz nie byłby sobą, gdyby nie wspomniał w tym kontekście o Mickiewiczu oczywiście. Autor Pana Tadeusza był największym – jego zdaniem – objawieniem tej estetyki polskiej, która: […] nie lubi „babrać się w brudach” […] Ponieważ utraciliśmy niepodległość i byliśmy słabi, przyozdobił słabość naszą pióropuszem romantyzmu, uczynił z Polski Chrystusa narodów, przeciwstawił naszą cnotę nieprawości zaborców i wyśpiewywał piękno naszych krajobrazów (Gombrowicz, 1986a, s. 356). W niejakiej opozycji w stosunku do zreferowanych opinii na temat specyfiki kultury i literatury polskiej pozostają sądy zawarte w zbiorze esejów napisanych przez Marię Janion (1989) i opublikowanych pod wspólnym tytułem Wobec zła. Z dwóch co najmniej powodów naszą uwagę przyciągnie, sygnalizowane wcześniej, studium nazwane przez autorkę Polacy i ich wampiry. Po pierwsze, odnaleźć w nim możemy bezpośrednie, poparte niezwykłą erudycją badaczki, ustosunkowanie się do tematu, który w przyjętym na użytek niniejszego dyskursu porządku myślowym interesuje nas najbardziej. Po drugie, stanowi ono praktyczne zastosowanie do badań literackich zasad krytyki fantazmatycznej, ufundowanej na psychoanalizie i francuskiej krytyce tematycznej, która stwarza szansę przeniknięcia wszelkiego rodzaju romantycznych fantazmatów, w tym także wampirycznych. Bowiem kiedy ujmiemy polską literaturę romantyczną w perspektywie wampiryczno-fantazmatycznej z zastosowaniem odpowiedniego instrumentarium metodologicznego, wówczas okaże się, że zarzuty trzech omówionych poprzednio twórców ulegną znacznemu złagodzeniu. Ale jednak mimo wszystko nie zanegowaniu. Dlaczego? W studium Marii Janion trzy wątki myślowe, nierozerwalnie ze sobą splecione, wydają mi się najistotniejsze. Stanowią one w zasadzie odpowiedzi na trzy postawione przez autorkę pytania, z których pierwsze: – dlaczego Mickiewicz w „centrum narodowego arcydzieła”, jakim jest III część Dziadów, umieszcza wampiryczny śpiew Konrada? – prowokuje do sformułowania następnych, mających naturę nieco ogólniejszą. I już w drugim pytaniu badaczka podejmuje kwestię drażliwą, bo będącą przedmiotem sporów „niezliczonej rzeszy polemistów aż do dzisiaj”, gdyż dotykają sprawy charakteru narodowego Polaków. Jakiż on jest zatem – „idylliczny”, łagodny, czy przeciwnie – wampiryczny, mściwy? W rozwikłaniu zagadki pomagają autorce „najświetniejsi” znawcy kultury Słowian (Kazimierz Moszyński, Aleksander Brückner), a przede wszystkim sam Mickiewicz, który w prelekcjach paryskich daje wykład „osobliwej antropologii wampirycznej”. I wreszcie trzecie pytanie, będące konsekwencją dwóch poprzednich: – czy literatura polska podejmuje problem zła? Trzeba zaznaczyć, że udzieleniu odpowiedzi na nie podporządkowany jest wywód autorki i właściwie do rozstrzygnięcia tej fundamentalnej kwestii nieustannie zmierza. Kazimierz Brodziński, piewca słowiańskich cnót rolniczych i najkonsekwentniejszy w naszej kulturze reprezentant światopoglądu idyllicznego, dołożył wielu starań, aby polski charakter narodowy związać z „łagodnością”, „okropność” uznając za domenę literatury niemieckiej. Zdaniem Marii Janion w tym czaiła się przeszkoda dla ludowej, słowiańskiej mitologii wampirycznej, niezbicie dowodzącej mściwości (o czym świadczą liczne wampiryczne fantazmaty wyobraźni ludowej), demoniczności, a nie sielskość duszy słowiańskiej. Także treść odśpiewanej przez Konrada z Dziadów wampirycznej pieśni, przeplatanej „szatańskim” refrenem: „Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga, / Z Bogiem i choćby mimo Boga!” – byłaby dowodem czegoś zupełnie przeciwnego niż twierdzenia twórcy rozprawy O klasyczności i romantyczności tudzież o duchu poezji polskiej. Europejska literatura romantyczna metafizyczne zagadnienia zła wyrażała za pomocą stworzonej do tego celu figury sobowtóra. Nowela Stevensona, utwory Jeana Paula czy Hoffmanna są jakby wzorcową artystyczną wizją problemu rozumianego podobnie przez Junga, Freuda i romantyków. Do sprawy tej jeszcze powrócimy. Na razie skupmy się nad wywodami autorki Wobec zła. Figura wampira jest odpowiednikiem w literaturze polskiej – tak przynajmniej sądzi Maria Janion – sobowtórowych „dwoistości obrazu egzystencji ludzkiej” romantyzmu niemieckiego. Co skłoniło badaczkę do sformułowania takich wniosków? Przede wszystkim sam Mickiewicz, który w prelekcjach paryskich przyjął przeświadczenie, że „upiór rodzi się z dwoistym sercem i dwoistą duszą […]. W wampirze dusza negatywna czy serce negatywne (złe, szatańskie) bierze górę: w ten sposób rozwija się w nim i spełnia pęd niszczycielski” (cyt. za: Janion, 1989, s. 44–45). Wobec tego, jeślibyśmy uznali, że Konrad jest dwoisty – a wiele dowodów na to przytacza w swoim tekście Maria Janion – „to wtedy jego straszna pieśń o Pieśni dawałaby się rozumieć jako produkt jego duszy »szatańskiej«, ale i słowiańskiej, a nawet prasłowiańskiej […] Konrad identyfikuje się z Pieśnią, staje się wampirem i przyjmuje na siebie to brzemię” (Janion, 1989, s. 46). Polacy zatem „mogli (chociaż jakby jednak na długo nie mogli) być źli – konkluduje autorka studium Polacy i ich wampiry – stając się wampirem, Polak oddawał się »złej« zemście na wrogu” (Janion, 1989, s. 52–53). Zauważmy, iż z jakichś powodów Maria Janion wniosek swój opatruje pewnym, w nawiasie umieszczonym co prawda, ale jakże istotnym z naszego punktu widzenia zastrzeżeniem. Ponieważ pieśń Konrada jest tak krańcowo frenetyczna, ciemna i ocierająca się o demonizm, więc na różne sposoby – poczynając od księdza Lwowicza (postaci z dramatu), a na wybitnych historykach literatury kończąc (Wacław Borowy, Juliusz Kleiner) – starano się jej wymowę zdecydowanie osłabić, bądź – żeby użyć języka klasycznej psychoanalizy – stłumić. Dlaczego tak się działo? Używając terminologii Junga, można by powiedzieć, że kultura polska i Polacy jawią się jako gałąź ludzkości, która wskutek dziwnych okoliczności utraciła swój archetyp Cienia. Albo inaczej: zrobili wszystko, aby nie dopuścić do własnej świadomości, że tak jak cały gatunek ludzki ciemna, demoniczna strona również i ich dotyczy. Teraz chciałbym zwrócić uwagę na pewną znaczącą analogię literacką. Tytułowa postać opowiadania Przedziwna przygoda Piotra Schlemihla Adalberta von Chamisso oraz Erazm Spikher z Przygód w noc sylwestrową Hoffmanna są w niemieckiej literaturze romantycznej nieodłączną i zarazem dość osobliwą parą bohaterów. Problem, z którym się boryka każdy z nich, ma podobną naturę. Obaj, mimo woli, wbrew własnym pragnieniom, wskutek nieco tajemniczych okoliczności, wyobcowali się z normalnego życia w społeczeństwie. Piotr Schlemihl, jak pamiętamy, sprzedał swój cień diabłu, Erazm Spikher utracił swoje odbicie w zwierciadle. W związku z tym stali się dziwni, odmienni, niepodobni do przeciętnego członka zbiorowości ludzkiej. Nie chciano ich tolerować, na każdym kroku piętnowano ich odchylenie od normy, traktowano jak swoiste „dziwolągi”. W gruncie rzeczy nie byli wcale groźni, jednakże z powodu wspomnianego defektu, braku tej niezbywalnej cechy, trochę się ich bano. Zmuszeni więc do tego, aby włóczyć się gdzieś po krańcach świata, usiłowali odnaleźć zapomnienie w nauce lub podróżach. Erazm Spikher: […] pewnego razu napotkał niejakiego Piotra Schlemihla, który sprzedał swój cień; chcieli iść w kompanii, tak by Erazm Spikher rzucał w potrzebie cień, a zaś Piotr Schlemihl odbijał się w zwierciadle. Ale nic z tego nie wyszło (Hoffmann, 1959, s. 240). – kończy cokolwiek ironicznie całą tę zadziwiającą historię autor Diablich eliksirów. Oba przedstawione wyżej utwory mają charakter zabawy literackiej dającej się wykładać – jak można sądzić, i takie wskazówki odnajdziemy w literaturze przedmiotu na ten temat – na wiele rozmaitych sposobów. Cień zwykło się, obok innych możliwości, interpretować jako znak drugiego „ja” człowieka. Byłby to odpowiednik demonicznej, ciemnej i złej strony natury ludzkiej. Edgar Morin, autor książki Kino i wyobraźnia skłonny jest nawet sądzić, że „Każdemu towarzyszy przez życie jego własne widmo. Nie tyle wierna kopia, nie tyle alter ego – ile coś jeszcze ważniejszego: ego alter, inny ja sam” (Morin, 1975, s. 43). Uważając, że jest to bodaj jedyny wielki, uniwersalny mit ludzkości, autor wspomnianej pracy dowodzi, że nie chodzi jedynie o replikę, podwojenie „ja”, ale o „ja” będące tego pierwszego groźnym antagonistą – komentuje te myśli Maria Janion. Innymi przykładami literackiego opracowania motywu cienia mogą być: Wilk stepowy Hermanna Hesse, Kobieta bez cienia Hugo von Hofmannsthala, Szara eminencja Aldousa Huxleya, czy bajka Oskara Wilde’a Rybak i jego dusza. Także Mefisto jako demoniczny kusiciel Fausta może być interpretowany jako ego alter. Zgodnie z podstawowym tematem Hoffmanicznym, należy dążyć do rozpoznania samego siebie, zmierzać do doświadczania siebie w podwojeniu (por. Janion, 1972, s. 315). Novalis twierdził: „nikt nie zna siebie samego, jeżeli jest tylko sobą nie będąc zarazem jeszcze kimś innym (cyt. za: Peyre, 1987, s. 214). Dlatego też sobowtór jako figura literacka obok cienia stanowi romantyczną artykulację „człowieka podświadomego”. „Taki język – zdaniem Marii Janion – mógł się przydać i przydał się Freudowi w jego badaniach nad strukturą i artykulacją podświadomości” (Janion, 1991, s. 9). Zdaniem Junga i jego interpretatorów, Zenona Waldemara Dudka, „pełna prawda o człowieku i kulturze musi uwzględniać sferę Cienia. To Cień ukazuje siłę i kontrastowość świadomego życia, mobilizuje aktywność przekształcania siebie przez twórczość i samopoznanie. Jeśli kultura zapomina, ignoruje lub izoluje Cień, zawęża życie do wąskiej smużki światła. A przecież jednym z zadań kultury jest umożliwienie jednostce zrozumienia wartości Cienia (Dudek, 1992, s. 6). W dalszych partiach swego interesującego wywodu Dudek pisze, że „kulturze, która nie jest w stanie transformować Cienia indywidualnego i zbiorowego, grozi niebezpieczeństwo zdominowania przez Cień. Życie publiczne mogą wtedy wypełnić: nieprzetworzony lęk, oskarżanie, żal, tendencje agresywne, niszczycielskie, brutalność. Czasy demokracji po ustąpieniu władzy totalitarnej są trudne, ponieważ nadmiar izolowanego nieprzetworzonego Cienia skłania do destrukcji. Zdolność do powstrzymania się przed agresją jest oznaką dojrzałości, ale tłumienie Cienia (lęku, niepokoju, zła, winy, żalu) opóźnia ewentualnie jego eksplozję” (Dudek, 1992, s. 10). Nas jednak w tym momencie interesuje w wywodach Junga inna kwestia. Bowiem w zasadzie każdy z nas ma do rozwiązania problem Cienia. Można nawet śmiało powiedzieć, że wszyscy jesteśmy potencjalnymi ludźmi Cienia. Jednakże „potrzebujemy – zdaniem Dudka – przynajmniej okresowego oczyszczenia się z niego. Dlatego szczególną formą oczyszczania jest instytucja ofiary i kozła ofiarnego. Uwalniają one od agresji, winy i lęku. Ofiara staje się wtedy nosicielem win własnych, grzechu i wszelkiego samosądu. Psychologia Cienia wskazuje, że kultura nie może istnieć bez instytucji kozła ofiarnego. Potrzebujemy jej tym bardziej, im mniejsze są możliwości samorealizacji jednostki” (Dudek, 1992, s. 21). Kiedy zatem bohaterka powieści Stanisława Brzozowskiego Sam wśród ludzi mówi: „Nie lubię Polaków – oni chcą być dobrzy dla świata, oni chcą nas otruć złym sumieniem” (Brzozowski, 1979, s. 335) – to rozumiemy, że traktuje siebie i swój naród jak rodzaj kozła ofiarnego. To, że Polacy „wyjałowieni” urazem rosyjskim i niemieckim nie chcieli, nie mogli, nie potrafili podjąć trudnych zagadnień egzystencjalnych, w tym ustosunkować się do problemu zła i jego wymiarów metafizycznych – stanowi zaledwie jedną stronę medalu i można to wliczyć w owe koszta poniesione z racji zaborów i komunistycznego zniewolenia. Druga strona zawiera się w dylemacie: – czy możliwe było w Polsce porozbiorowej „filozofowanie” albo choćby nieśmiałe penetrowanie „nocnej strony natury”? Czy fakt niedopuszczania do siebie wiadomości o istnieniu Cienia nie wynikał z działania jakiejś nieświadomej albo i świadomej woli ocalania narodowej tożsamości, która w przeciwnym razie mogłaby ulec zachwianiu i unicestwieniu wskutek zatrucia stosunków wzajemnymi żalami, pretensjami i oskarżeniami? Czy nie zadziałała tu zbawcza moc kozła ofiarnego? René Girard, autor znakomitej książki Kozioł ofiarny, pisał: […] istotnym wymiarem wszelkich kryzysów jest […] sposób, w jaki oddziaływają one na stosunki międzyludzkie. Wyzwala się proces „złej wzajemności”, która żywi się sama sobą, choć do przetrwania potrzebuje przyczyn zewnętrznych. […] Pierwszy nadarzający się kozioł ofiarny położy kres kryzysowi, likwiduje wywołane przezeń międzyludzkie niepokoje, a to dzięki przerzuceniu wszelkich złych uczynków na ofiarę. Kozioł ofiarny oddziaływa wprawdzie tylko na stosunki międzyludzkie, zepsute na skutek kryzysu, lecz wywołuje wrażenie, iż działa także na przyczyny zewnętrzne […] (Girard, 1991, s. 68). Zakończmy niniejsze rozważania harmonizującą z dotychczasowym tokiem moich wywodów i mogącą stanowić niejako ich podsumowanie tezą Junga, który pisze: Jeśli wyobrażacie sobie człowieka, który ma dość odwagi, aby cofnąć wszystkie swoje projekcje, to macie do czynienia z osobą, która jest świadoma istnienia znacznego cienia […] nie może już teraz powiedzieć, że inni robią to czy tamto, że oni popełniają błąd i że trzeba z nimi walczyć […]. Taki człowiek wie, że cokolwiek jest złego na świecie, jest także w nim samym; jeśli tylko nauczy się dawać sobie radę ze swym cieniem, to uczyni coś istotnego dla świata (cyt. za: Jacobi, 1996, s. 156).
maria janion polacy i ich wampiry